Zasięg
Zasięg
redakcja
Redakcja
Ogłoszenia
Ogłoszenia
Reklama
Reklama
Najbliższe wydanie Kuriera Południowego ukaże się 24 listopada 2017**Najbliższe wydanie Kuriera Południowego ukaże się 24 listopada 2017**Najbliższe wydanie Kuriera Południowego ukaże się 24 listopada 2017 **


wydanie (nr 432), 2012-04-06
Po prostu człowiek

Żyję już 97 lat. W czasie wojny złożyłem sobie obietnicę, że jeśli przeżyję, będę dawał świadectwo historii. Będę opowiadał o życiu w przedwojennym miasteczku, o okupacyjnej gehennie, ale przede wszystkim o ludzkiej szlachetności. Jestem Polakiem pochodzenia żydowskiego. Spotykały mnie przykrości z tej racji, lecz nigdy nie chciałem opuścić kraju. Góra Kalwaria to mój dom, Polska to moja ojczyzna. Nazywam się Henryk Prajs

Miasto

Góra Kalwaria mojego dzieciństwa i młodości to zupełnie inny świat niż dzisiejszy. Brukowane podwórka i ulice, których brzegiem płynęły rynsztoki. Na rynku przed kościołem rosły topole. Miasto było oświetlone, bo około 1920 roku założono w Górze elektryczność. Przed wojną miały ją prawie wszystkie domy. A elektrownia była na początku ulicy Kalwaryjskiej, tam gdzie teraz jest duży sklep spożywczy.
Zdarzały się ładne kamienice, ale większość domów to były niskie, często drewniane budynki. Miasto nie miało wodociągów, jedynie kilka studzienek położonych daleko od siebie. Dopiero burmistrz Dziejko w 1930 roku zarządził budowę pomp na każdej ulicy.
Przy ulicy Wiślanej, na samym dole był tartak prowadzony przez Polaka i Żyda. W jednym z podwórek przy ulicy Pijarskiej była mała kuźnia kowala Altszulera, ale większą kuźnię mieli Niemcy. Stała tam, gdzie teraz przy rondzie jest sklep z farbami. Ludzie hodowali krowy. Od wiosny do jesieni były wypędzane na pastwiska nad Wisłą. Jeszcze w latach 70. krowy przemierzały ulice Góry, ale to już nie było tak ogromne stado jak przed wojną. Wtedy było ich ponad 200.
We wtorki i piątki odbywały się w Górze targi. Spożywcze rzeczy sprzedawano na rynku przed ratuszem i na skwerze, gdzie obecnie stoi pomnik Piłsudskiego, na skwerku przy ulicy Dominikańskiej handlowano ubraniami, fajansem, a przy ulicy ks. Sajny był targ koński. We wtorki był bardzo duży targ, przyjeżdżali ludzie z Karczewa, z Mniszewa a w piątki handlowano tylko żywnością. Tuż przy rynku, w jatkach zwanych dziś arkadami, Żydzi handlowali mięsem.
Dużą uroczystością był odpust św. Antoniego obchodzony 13 czerwca. Ludzie ściągali z daleka, było multum straganów. Wszystkie dzieciaki, polskie i żydowskie, biegały wokół tych straganów szukając kolorowych papierków, z których później robiliśmy zabawki.
To było moje miejsce na świecie, miejsce wyjątkowe także pod względem wspólnego życia Polaków, Żydów, Niemców. Może inne też takie były, ale ja żyłem w tym mieście i mówię o tym, co pamiętam. Tu nikt nikomu nie przeszkadzał. W czasie międzywojennym Góra miała 7 tys. mieszkańców z czego 3, 3 tys. stanowiła ludność żydowska. Mówi się o bogactwie Żydów, a przecież z tych, co mieszkali w Górze może dziesięć rodzin było bogatych, część jako tako dawała sobie radę, ale niemalże połowa żyła w nędzy.
Zdarzały się niesnaski, jakieś awantury, ale to nie był antysemityzm tylko życie jak wszędzie i między wszystkimi. Za czasów burmistrza Dziejko w radzie miejskiej zawsze było dwóch przedstawicieli mniejszości żydowskiej. To, że nie było w Górze pogromów Żydów było zasługą burmistrza i komendanta policji Bolesława Janicy. Mało że nie dawali pozwolenia na takie rzeczy to jeszcze z ich inicjatywy Żydzi zorganizowali coś na kształt samoobrony. Jakieś większe zajścia zaczęły się dziać około 1936 lub 1937 roku. Przyjeżdżali falangiści z Warki, Karczewa, Otwocka, bo w Górze endecji prawie nie było, i wszczynali awantury. Pamiętam, że raz w czasie odpustu św. Antoniego pobili kilka osób, zrobił się tumult, interweniowała policja.

Cadyk

Góra założona pod koniec XVII wieku przez biskupa Stefana Wierzbowskiego była silnym ośrodkiem katolickim a pod koniec XIX wieku stała się też ważnym miejscem dla Żydów, szczególnie dla chasydów, bo tu zamieszkał cadyk. Założycielem tutejszej dynastii cadyków był Izaak Meir Alter, który w mieście osiedlił się około 1859 roku. Do cadyka pielgrzymowali Żydzi nie tylko z Kongresówki, ale i z całej Europy. Było ich tylu, że najpierw kursowały z Warszawy specjalne omnibusy a potem książę Lubomirski, hrabia Zamojski i przedsiębiorca Paszkowski zbudowali kolejkę wąskotorową, która odjeżdżała z Warszawy z placu Unii Lubelskiej a stację końcową miała w Górze, przy ul. Pijarskiej, gdzie teraz stoją bloki.
Codziennie chasydzi do cadyka przyjeżdżali. Zimą było ich mniej, latem więcej, a na święta to już tysiące się zjawiało. Ludzie w Górze na tym korzystali, bo wynajmowali przyjezdnym pokoje. Korzystało też miasto, bo każdy przyjezdny Żyd wpłacał na jego rzecz u cadyka złotówkę. Potem te pieniądze były przekazywane do magistratu.
Cadyk mieszkał w specjalnie dla niego zbudowanym domu nazywanym dworem w podwórku przy ulicy Dominikańskiej. Pierwszy balkon z prawej strony budynku należał do cadyka. I on na nim pokazywał się chasydom co sobota o godzinie piętnastej. Chodził w tę i z powrotem a oni stali na dole. Obok jego dworu postawiono dom modlitwy dla odwiedzających cadyka chasydów. Zgodnie z chasydzkimi przepisami w spotkaniach z cadykiem nie brały udziału kobiety, one chodziły do synagogi po drugiej stronie ulicy.
W czasie wojny z domu modlitwy Niemcy zrobili stajnię a po wojnie wszystkie budynki przejęło państwo. W domu modlitwy był magazyn zbożowy, potem sklep meblowy a w 1990 władze gminy przekazały budynek w użytkowanie gminie żydowskiej. W dworze cadyka chyba do końca lat 70. mieściła się szkoła, teraz jest tam sklep z artykułami malarskimi. Synagoga stoi pusta, jest remontowana przez osobę prywatną, która kupiła ją od gminy. Wcześniej była tam wytwórnia wód gazowych i sklepy.
Cadyka Abrahama Mordechaja Altera, ostatniego, który mieszkał w Górze, widziałem kilka razy. Nigdy nie byłem jego zwolennikiem, dla mnie był to zwykły Żyd, który bardzo dobrze zna Torę. Oczywiście, że musiał mieć wyjątkową osobowość, bo miał wielu uczniów i wszyscy myśleli o nim jak o cudotwórcy. Nawet Polacy go szanowali. Kiedy w 1933 lub 1934 roku do Góry przyjechał kardynał Aleksander Kakowski mieszkańcy zbudowali łuk triumfalny i witali go wszyscy, łącznie z przedstawicielem społeczności żydowskiej. Cadyk nie przyszedł, ale spotkał się z kardynałem w swoim domu, wymienili prezenty.
Zaraz na początku wojny cadyk z rodziną wyjechał do Warszawy i tam mieszkał w gettcie do 1940 roku. Wtedy włoski dyplomata Stefan Porajski pomógł im w ucieczce. Przekupił Niemców i cadyk z kilkoma osobami z rodziny, pociągiem w wynajętym dla dyplomacji wagonie, dojechali do Rzymu, stamtąd trafili do Triestu a potem do Palestyny. Jego potomkowie do dziś żyją w Izraelu.

Dzieciństwo

Moja rodzina mieszka w Górze Kalwarii od ponad stu lat. Dziadkowie ze strony ojca, Majer Bejer Prajs z żoną Gołdą, przyjechali tu spod Kielc w 1850 roku. Dziadek handlował w Warszawie koszernymi produktami mlecznymi, przez jakiś czas prowadził też niewielki zajazd niedaleko Góry w miejscowości Szpruch. Tam zginął mój ojciec, Dawid. Zastrzelili go chłopi, którzy nie chcieli zapłacić za jadło i napitek. Dziadek zamiast machnąć ręką zawołał ojca na pomoc i doszło do tragedii. Miałem wtedy dwa lata i ojca znam jedynie z opowiadań. Wiem, że był wysokim, przystojnym blondynem, że nie miał palca u jednej ręki, bo obciął go sobie, aby nie zostać wcielonym do carskiej armii.
Moja matka Estera z domu Frydman pochodziła z Coniewa. Jej rodzice, dobrzy, religijni Żydzi, mieli tam ogród i dom. Rok czy dwa przed wojną przeprowadzili się do Góry Kalwarii. Matka była atrakcyjną kobietą. Miała ładne włosy i nie nosiła peruki.
Rodzice poznali się za pośrednictwem swata, tak wtedy było. Pobrali się w 1913 roku. Ojciec dzierżawił sady od okolicznych chłopów i handlował owocami a mama była krawcową. Oboje byli uczciwi, pracowici, ale w domu była bieda. Mieli troje dzieci. Moja siostra Gołda urodziła się w 1914 roku, ja w 1916 i brat Dawid w 1919, już po śmierci ojca.
Mieszkaliśmy przy ulicy Piłsudskiego 13 (dziś nr 7) gdzie w podwórku stał drewniany duży dom, z jedną murowaną ścianą. W tym domu żyło sześć rodzin polskich i żydowskich. Mieszkania były skromne, małe. Z mamą i rodzeństwem zajmowaliśmy jedną izbę, która miała może 60 m kw. Była w niej i kuchnia, i jadalnia, i sypialnia, i mamy pracownia krawiecka. Było ciasno, ale zawsze bardzo czysto. Mama bardzo dbała o porządek. Klienci nieraz ją za to chwalili. Mimo że mama dużo pracowała żyło się ciężko. Na co dzień jedliśmy fasolę, kaszę, kluski, jeśli była mąka. Ryba to był rarytas, tak samo jak kurczak. Mama czasem kupiła kawałek mięsa do czulentu, czy na rosół. Zdarzało się i tak, że pieniędzy nawet na chleb nie było. Dopiero w wojsku poczułem smak prawdziwego jedzenia. I dlatego, że sam znam biedę, nie zostawię biednego człowieka bez wsparcia, kimkolwiek on by nie był.
Dobrze żyliśmy z sąsiadami, bez kłótni, złości. Na katolickie święta pani Woźniakowa zawsze przynosiła do nas ciasto, a na nasze święta mama albo ja zanosiliśmy im macę. Córka Woźniaków, Zosia, jak wiele innych dziewcząt uczyła się u mamy krawiectwa. A dzieci łączyły wspólne zabawy. Miałem wśród Polaków wielu przyjaciół: Mietek i Władek Ziętek, Janek Białek, Stasiek Rytko, Maniek Jarosz, Wojciechowski, Woźniak. Razem dorastaliśmy. Graliśmy w dwa ognie, na kępie jak nazywaliśmy pastwiska nad Wisłą były mecze piłki nożnej, zbieraliśmy grzyby, chodziliśmy do rwania owoców, żeby mieć na cukierki. A jakie było szczęście, gdy ktoś zarobił 50 groszy i poszedł do kina!

Szkoła

Szkoła w Górze była przy ulicy Kalwaryjskiej. Teraz też jest tam szkoła, ale stary, piętrowy budynek z czerwonej cegły został wyburzony w latach 70. i postawiono nowy. Do polskiej szkoły powszechnej nie wszyscy Żydzi posyłali swoje dzieci. Ci bardziej konserwatywni nie. My chodziliśmy. Żyliśmy biednie, ale mama robiła wszystko, abyśmy zdobyli wiedzę. Siostra była bardzo dobrą uczennicą. Skończyła siedem klas szkoły powszechnej. Miała 17 lat, gdy wyjechała do Warszawy i zaczęła pracować jako księgowa w małej fabryce mydła przy ulicy Radzymińskiej. Brat Dawid, który ukończył sześć klas został rymarzem. Przy ulicy 3-go Maja, w miejscu, gdzie był zakład rymarski, w którym pracował, jest teraz sklep z artykułami motoryzacyjnymi.
Ja poszedłem do szkoły, gdy miałem siedem lat. Mówiłem dobrze po polsku, ale w szkole nauczyłem się mówić poprawnie. W mojej klasie było 36 uczniów a wśród nich troje żydowskich dzieci. Ich traktowanie zależało od tego jakim człowiekiem był nauczyciel. Adamiec, Morawińscy – oni nie robili różnicy między dziećmi.
Lekcje były od 8 do 14, potem szedłem do chederu, który był w prywatnym domu nauczyciela Majera Mesynga przy ulicy Kilińskiego. Uczyliśmy się hebrajskiego, rachunków, poznawaliśmy Torę. Wśród Żydów nie było analfabetów, bo chłopcy już w wieku 5 lat byli posyłani do chederu gdzie nauka trwała do 13 roku życia i kończyła się bar micwą. Jest to religijne przejście chłopca żydowskiego z wieku dziecięcego w dorosłość. Od tego momentu obowiązują go wszystkie przykazania Tory i sam odpowiada za swoje czyny. W żydowskich rodzinach jest to duża uroczystość, ale wtedy nie świętowało się jak teraz. Do synagogi zaprowadził mnie dziadek a potem była skromna kolacja w domu.

Młodość

Zaraz po ukończeniu szkoły zacząłem uczyć się krawiectwa. Moim pierwszym nauczycielem był Żyd, krawiec Cybula. Miał warsztat przy ulicy Piłsudskiego 15. Przez dwa lata pracowałem bez wynagrodzenia w zamian za naukę. Po tym czasie miałem egzamin przed związkiem krawieckim w Jasieńcu obok Warki. Dopiero gdy otrzymałem certyfikat mogłem wykonywać swój zawód. Później pracowałem u różnych krawców polskich i żydowskich. Zarabiałem niewiele, 15 – 20 zł w miesiącu, ale i to była pomoc dla rodziny. Góra nie była zamożnym miastem, w Warszawie za uszycie garnituru i materiał płacono 120 zł, u nas - 30 lub 35 zł.
Miałem 14 lat, gdy wstąpiłem do partii Poalej Syjon. To była socjaldemokratyczna partia, której celem była budowa państwa żydowskiego w Palestynie. Po to prowadzili szkolenia dla przyszłych osadników. W Polsce walczyła z dyskryminacją Żydów, dążyła do poprawy ich sytuacji materialnej i praw pracowniczych. W Górze wstąpiło do niej około 50 osób. Spotykaliśmy się w dni wolne od pracy, w wynajętym niewielkim pokoju przy ul. Piłsudskiego opłacanym ze składek członkowskich. Były rozmowy, zawsze w jidysz, o tym co dzieje się na świecie w gospodarce, kulturze, polityce. Gdy było ładnie i ciepło chodziliśmy na niedalekie wycieczki do lasu w Walewicach pod Górą albo na pastwiska nad Wisłą i tam też były wykłady. Przewodniczącym oddziału w Górze był Mojsze Skrzypek. Miałem w organizacji wielu przyjaciół. Miałem też przyjaciół Polaków. Nieraz bawiliśmy się razem - młodzież polska i żydowska - na potańcówkach, które odbywały się w sali tanecznej w budynku gdzie jest kino.
Wszystkich pamiętam. Wciąż widzę ich twarze, choć tyle lat minęło.

Wojsko

W 1937 roku zostałem powołany do wojska i przydzielono mnie do Pułku Szwoleżerów im. płk. Kozietulskiego w Suwałkach. Moim dowódcą był płk. Edward Milewski a oficerem dowodzącym Borys Żaryn. Przedwojenna Polska to był kraj wieloetniczny i wielonarodowościowy i to było widać też w wojsku. W każdej jednostce, w moim pułku też, obok Polaków służyli Niemcy, Białorusini, Ukraińcy no i Żydzi. I każdy miał prawo do wyznawania swojej religii czy to katolik, czy prawosławny, czy protestant, czy Żyd. Jak było w armii? Początki nie były łatwe. Byłem krawcem nie kawalerzystą, a do tego bałem się koni. Ale nauczyłem się bardzo dobrze jeździć. Miałem też dodatkowe zajęcie. Wielu spośród rekrutów było analfabetami i pisałem moim kolegom listy do bliskich. Listy zaczynały się od „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” a kończyły „Czekam na odpowiedź, teraz i zawsze. Amen.” Po sześciu tygodniach służby zostałem skierowany do szkoły podoficerskiej, którą ukończyłem w stopniu kaprala i zostałem dowódcą sześcioosobowej sekcji szwoleżerów.
Zbliżał się koniec mojej służby wojskowej, bo wtedy służyło się dwa lata, gdy wybuchła wojna. Trzeciego dnia wojny dwa szwadrony, w tym mój, zostały wyznaczone do wypadu rozpoznawczego za niemiecką granicę do miasteczka Reuss. Zdobyliśmy je po krótkiej walce, a potem dostaliśmy rozkaz odwrotu, bo Niemcy weszli już w głąb kraju. Kryjąc się przed niemieckimi samolotami maszerowaliśmy na południe nocami. Mijaliśmy cywilnych uciekinierów, żołnierzy cofających się tak jak my. Widzieliśmy pożary, porzucony sprzęt wojskowy. Po kilku dniach dotarliśmy do zajętej przez Niemców wsi Olszewo w gminie Brańsk. Musieliśmy przebić się przez nią, bo innej drogi nie było. Ruszyliśmy do ataku pieszo. Miałem ubezpieczać mojego dowódcę Erazma Głuzka. Tuż na skraju wsi zostałem ranny a on zginął. Pułk się przebił i ruszył dalej, ja zostałem w taborze z rannymi.
Dotarliśmy do Szczuczyna w okolicach Grodna, ale to już był 17 września. Rosjanie zaatakowali Polskę i dostaliśmy się do ich niewoli. Zostaliśmy internowani na Białoruś, do miejscowości Negroło, około 40 kilometrów od Mińska. Musieliśmy pracować a jedzenie dostawało się po wypełnieniu normy. Nie mieliśmy żadnych ubrań na zmianę. W listopadzie doszło między Rosją a Niemcami do wymiany jeńców wojennych. Objęła ona szeregowych i podoficerów pochodzących z części Polski okupowanej przez Niemców. Dzięki temu wróciłem do domu.
Była radość, bo wszyscy myśleli że zginąłem, ale był smutek i strach, bo już było wiadomo jak niewiele dla Niemców znaczy ludzkie życie. Syna mojego nauczyciela krawiectwa, Mojsę Cybulę, zastrzelili, bo podniósł znaleziony przy pracy kawałek chleba. Do sprzątania koszar brali ludzi i tam się to stało. On miał 15 lat. Pinio Rawski zginął, gdy wychodził z bramy podwórka gdzie była bożnica. To był starszy człowiek. On tylko szedł. I złożyłem sobie wtedy obietnicę, że jeśli przeżyję wojnę, będę dawał świadectwo temu, co się w tym czasie działo.

Okupacja

Zaczęło się życie pod okupacją. Aż trudno o tym czasie mówić, bo pies lub kot więcej byli warci niż człowiek tylko dlatego, że ten ostatni był pochodzenia żydowskiego. Niemcy zabronili Żydom handlu, skonfiskowali sklepy i towary. W sierpniu 1940 roku utworzyli w centrum miasta getto. Jego granicami były ulice Pijarska, Wierzbowskiego, ks. Sajny dawniej Senatorska. Teren był ogrodzony, stały zasieki z drutu kolczastego.
To właśnie wtedy Josef Lubliner Torę oraz wszystkie święte księgi wyniósł z synagogi i zostawił u polskiego sąsiada Franciszka Rytko. On przechował je bezpiecznie w czasie wojny i oddał mi po wyzwoleniu, gdy wróciłem do Góry. Około 1960 roku poprosiłem prof. Tylocha (Witold Tyloch, 1927 – 1990, filolog języka hebrajskiego i biblista, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. dop. red.) o ocenę, czy to są przedmioty wartości historycznej, a gdy stwierdził, że nie mają takiej wartości po prostu wysłałem je w paczce do Izraela, do mojego wujka Jakuba. Tora z Góry Kalwarii jest teraz w Izraelu, w Netanya.
W getcie bardzo ciężko się żyło, bardzo. Żydzi pod karą śmierci mieli zakaz samodzielnego opuszczania getta. Ścisk był wszędzie, po dziesięć osób w jednej izbie mieszkało. Dokuczał brak sanitariatów, ludzie chorowali na tyfus. Był głód. Dzienna racja żywnościowa wynosiła 12 dkg chleba na osobę. Codziennie jakaś grupa mężczyzn w wieku od 16 do 60 roku życia kierowana była do najgorszych robót. Pracowali po 10 godzin dziennie bez wyżywienia, bez wynagrodzenia. Ludzie umierali z głodu, z choroby, ginęli zastrzeleni przez Niemców. Tak z rodziną zginęła moja pierwsza młodzieńcza miłość. Była piękną, mądrą dziewczyną.
Moja rodzina utrzymywała się z tego, co zarobiliśmy z mamą szyjąc, ale bieda była ogólna i niewiele zarabialiśmy. Prawie cały czas jedliśmy ziemniaki i jeszcze się człowiek cieszył, że były. Wśród klientów byli też Polacy, niektórzy pomagali jak mogli, ale to było zabronione. Getto było pilnowane przez granatową policję. Niektórzy byli wyrozumiali, patrzyli przez palce na kontakty z Polakami, na zakup żywności. Ale nie wszyscy.
Często wtedy myślałem o ulicach mojego miasta, o jego bruku i zastanawiałem się, co komu złego zrobiłem, że nie mogę po tych kamieniach chodzić.
Żyliśmy tak do 25 lutego 1941 roku, do dnia gdy wywieziono Żydów z Góry Kalwarii do getta w Warszawie. Moja siostra już tam była, bo nie wróciła do nas po wybuchu wojny. Mama nie chciała myśleć o ucieczce. Chciałem zostać z rodziną, ale przyszli sąsiedzi i namawiali mnie do ucieczki. „Nie wyglądasz jak Żyd. Może przeżyjesz” – mówili. Po rozmowie z mamą, wieczorem w przeddzień deportacji, wyszedłem z getta, przeskakując druty, bo co to było dla młodego, wysportowanego człowieka. Wtedy ostatni raz widziałem się z rodziną.
Pamiętnego dnia brutalnie wypędzano Żydów z domów i gromadzono na rynku przed ratuszem. Tysiące ludzi stało godzinami na ostrym mrozie a potem popędzono kolumny na stację kolejową i towarowymi wagonami wywieziono do getta w Warszawie. Wszystko trwało dwa dni.
Jakiś czas później, gdy ukrywałem się w gospodarstwie w wiosce Ostrów niedaleko Magnuszewa, dotarł do mnie brat. Jakimś cudem udało mu się w tej Warszawie wyjść z getta. Rozmawiałem z nim, ale nie mogłem nic zrobić. Gospodarz nie chciał ryzykować, przetrzymując jeszcze jedną osobę. Brat tułał się od jednego gospodarstwa do drugiego aż ktoś go wydał Niemcom. A oni zastrzelili mojego brata w Górze, w podwórku, gdzie mieszkaliśmy. Jego ciało zostało wywiezione na kirkut. (cmentarz żydowski dop. red.)

Tułaczka

W noc ucieczki z getta szedłem przed siebie, płacząc z żalu i bezsilności. W następnych dniach szukałem schronienia prosząc o pomoc ludzi, którzy mieszkali na skraju mijanych wsi. Jedni pomagali, pozwalając przenocować lub karmiąc, inni tej pomocy odmawiali. Nie byłem zaskoczony, że nie wszyscy Polacy chcieli ukrywać Żydów. Nie można wymagać od człowieka, aby ryzykował życiem swoim i swojej rodziny dla innego, obcego. Można mieć żal do tych, którzy wykorzystywali Żydów finansowo, którzy wydawali ich Niemcom, a nawet sami zabijali. Mnie przygarnęła rodzina Jana Cwyla, rolnika ze wsi Ostrów koło Magnuszewa. Gdy we wsi zrobiło się niebezpiecznie, bo z getta w Magnuszewie uciekło 20 Żydów i Niemcy urządzali obławę, Janek przeprowadził mnie do sąsiedniej wsi do domu Józefa Wdowiaka. Tam byłem kilka miesięcy, do czasu gdy Wdowiak zaprowadził mnie do rodziny niemieckiego kolonisty Ferdynanda Kultza. Miałem tam utrzymanie i należyte poszanowanie. Po dwóch miesiącach wróciłem do Wdowiaków. W każdym z domów odwdzięczałem się gospodarzom jak mogłem pracą w gospodarstwie i szyciem.
Z dnia na dzień zagrożenie stawało się coraz większe, bo Niemcy z Ukraińcami jeździli po wsiach, przeszukując zagrody. Miałem już wtedy fałszywą kenkartę, bo jakiś czas wcześniej udało mi się dotrzeć do Góry, do naszej sąsiadki pani Wasilewskiej, z nią poszliśmy razem do Osiecka, to około 15 km od Góry, gdzie tamtejszy proboszcz wydał mi akt urodzenia. Dzięki niemu stałem się Franciszkiem Żołądkiem. Dokumenty, które do dziś przechowuję, udało się wyrobić dzięki ludzkiej odwadze i pomocy. Groziła za to śmierć
Żeby nie narażać Wdowiaków, bo zawsze było ryzyko, że ktoś mnie wyda, zdecydowałem się na przeprawę przez Wisłę i znalezienie kryjówki nad jej brzegiem w wiklinach. Długo jednak nie wytrzymałem, bo to już była późna jesień. Ruszyłem szukać pomocy u ludzi i znalazłem ją we wsi Podwierzbie u Katarzyny i Jana Pokorskich.

Ocalenie

Pokorscy to byli biedni, niezwykle uczciwi i dobrzy ludzie. Mieszkali z dziećmi w drewnianej chacie z dziurawym dachem. Zaproponowałem, że będę szył dla zaufanych ludzi w zamian za żywność to będzie moja pomoc. Gdy miałem, czas to w języku jidysz spisywałem dzieje Żydów z Góry Kalwarii. Kartki ukryłem pod strzechą stodoły. Przyjechałem po nie w 1948 r., ale z dziesięciu ocalały tylko pierwsza i ósma. W 2010 roku przekazałem je do Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie.
Żyliśmy spokojnie z Pokorskimi przez kilka miesięcy. Dla bezpieczeństwa zrobiliśmy kryjówkę pod podłogą. Wejście było schowane za łóżkiem, ale gdy w 1944 roku przyszło zagrożenie nie zdążyłem się tam schować.
Styczniowego dnia nikt nie zauważył, że do domu zbliża się pięciu Niemców. Weszli nagle, na czapkach mieli trupie czaszki. Jeden z nich śląską gwarą zapytał mnie co robię w tej chałupie. „Mieszkam z rodzicami” odpowiedziałem. Nie bardzo w to uwierzyli. Inny, wskazując na wiszącą na drzwiach uszytą przeze mnie jesionkę, zapytał po niemiecku „Czyj to płaszcz?”. A mnie już w dzieciństwie tego języka uczyła mamy klientka pani Karniewska, nauczycielka niemieckiego. I odruchowo odpowiedziałem, że mój. Zaczęli się dopytywać skąd znam język. Zacząłem szybko mówić jak biedny jest dom, że dach przecieka i prosimy o wstawiennictwo u pana starosty w Grójcu. Niemiec warknął, że to nie jest ich sprawa. Ostro pytali Pokorskich, czy jestem ich synem a oni oboje potwierdzili. Niemcy chyba uwierzyli, bo zostawili nas w spokoju.
W marcu przyszło w nocy dwóch mężczyzn po cywilnemu. Znów nie zdążyłem się schować. Pokorska przykryła mnie na łóżku słomą, a na niej położyła troje swoich dzieci przykrywając je pierzyną. Mężczyźni pytali po polsku, gdzie jest ten, co się tu ukrywa. Pokorska mówiła, że już dawno stąd poszedł. Nie wierzyli. Wyprowadzili ją na podwórko, kazali uklęknąć i grozili zastrzeleniem, ale ona przysięgała, że mówi prawdę. Wtedy poszli, ale zapowiedzieli, że jeszcze wrócą. I znów musiałem uciekać, żeby nie narażać na śmierć dobrych ludzi. Przeprawiłem się na drugi brzeg Wisły, gdzie schronienie znalazłem w stojącej w szczerym polu stodole należącej do rolnika Janeczka. Jedzenie przynosił mi jego syn, Wacek. Pomagali też jak mogli Wdowiakowie. Jednak po kilku dniach wróciłem w okolice Przyborowa i ukryłem się w nadwiślańskich krzakach a żywność przynosiła mi Pokorska.
W lipcu 1944 roku zobaczyłem rosyjski patrol. Zaprowadzili mnie do ich komendanta a ten po wysłuchaniu mojej historii powiedział, że mogę w zamian za szycie mundurów zostać przy wojsku dopóki nie będę mógł wrócić do domu. Dostałem kwaterę, maszynę do szycia i żywność, którą dzieliłem się z Pokorskimi. Po wojnie, za swoją odwagę i dobroć Katarzyna Pokorska otrzymała medal Sprawiedliwego wśród Narodów Świata przyznawany przez Izrael tym, którzy z narażeniem życia ratowali Żydów.

Powrót

Do Góry Kalwarii wróciłem w środku lata. Byłem jednym z czterech Żydów, którym udało się wrócić do rodzinnego miasta. Z mojej rodziny, z 36 osób, przeżyłem ja i wujek Jakub. On w latach 50. wyjechał z kraju. Myślę, że tylko około 30 Żydów z Góry Kalwarii przeżyło wojnę, ale większość wyjechała do Izraela, do Kanady. Trudno im się dziwić, bo każdy szuka swojej drogi w życiu. Może za trudny był dla nich powrót w miejsce, które wciąż przypominałoby o przeżytej gehennie?
Nieraz proponowano mi wyjazd za granicę na stałe – zawsze odmawiałem, bo mówię, myślę i czuję po polsku. Spotykały mnie przykrości z racji mojego pochodzenia, bo nigdy tego nie ukrywałem. Ale po co o tym opowiadać? Po prostu ludzie są różni. Są tacy jak ci, co wspaniałego księdza Sajnę Niemcom wydali, bo ukrywał żydowskie dzieci. Są też tacy, którzy w drugim widzą człowieka, bez względu na to, czy jest Żydem, Polakiem, Niemcem, Rumunem.
Byłem w Ameryce. Tam widać było bogactwo, ale nie widać było przyjaźni. Byłem w Izraelu. Piękny kraj, ale moim domem jest Góra Kalwaria. Zawsze byłem jej oddany. Gdy po powrocie zacząłem pracować w swoim warsztacie krawieckim, pierwsze zarobione pieniądze przekazałem do magistratu na rzecz odbudowy miasta. Do dzisiaj zachowałem kwit na 150 tys. zł. Za walkę w czasie wojny otrzymałem odznaczenia i zaszczytne miano weterana walk o wolność i niepodległość ojczyzny. Moje korzenie są tutaj.

FOTO: Henryk Prajs pokazuje swoją fotografię z czasów służby w armii
Małgorzata Kawka
Komentarze
nick: xxy,     2012-04-06   14:05:38
piękna historia zycia .. tak blisko
nick: Ten Sam,     2012-04-11   15:29:52
Tak, piękna historia życia, ale współczuje temu Panu co przeżył i co przeszedł w swoim życiu. Cenię ludzi, którzy całe życie są sobą, takim jest Pan, Panie Henryku i życzę Panu w tym "byciu" długich lata życia w zdrowiu. Pozdrawiam! Czego mogę zazdrościć?...tylko tego, ze w moim Grójcu nie ma takich ludzi.

dodaj komentarz
komentarz będzie widoczny po akceptacji przez administratora
nick:
Komentarz:

wprowadź liczbę z obrazka pomniejszoną o "jeden":         

Wydanie:
PIASECZYŃSKO-URSYNOWSKIE
· Podtruła się gazem. Policja przybyła na czas!
· W oczekiwaniu na 724
· Zbliża się zielony przełom
· Nagrody dla przedszkolaków
· Było pogotowie, będą sale konferencyjne
· Z flagami narodowymi i śpiewem
· Nie chcą w sąsiedztwie blokowiska
· Przy Nadarzyńskiej i Kilińskiego zaparkuje 200 aut
· Na szeroką Powsińską jeszcze poczekamy
· Dzielnica pełna kultury
· Skasowali wjazd i każą go robić od nowa
· Świąteczni biegacze: Patriotyzm zobowiązuje
· W Józefosławiu będą dwa nowe ronda
· Górka znów dała w kość biegaczom
· Miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle?
· Las słupków zamiast równania pobocza
Wydanie:
PRUSZKOWSKO-GRODZISKIE
· Pierwsze dyktando rozstrzygnięte
· Wypożyczalnie rowerów wrócą wiosną?
· Podwodna, a nie Rzeczna
· Jak słoń w składzie porcelany
· Narodowe Święto Niepodległości
· Nowa hala Sportowym Obiektem Roku
· Bałagan na cmentarzu?
· Prezenty dla trojga nowych grodziszczan
· Grodzisk jeszcze poczeka na nową halę
· Pościg przez trzy powiaty zakończony tragiczną śmiercią
· Zdrowe powietrze dla przedszkolaków
· Poszukiwania tajemniczej informatorki
· Szkolna jak malowana
· Nowe drzewa przy Pszczelińskiej
· Tu na ambitną sztukę i informację nie czekasz
· Łupem szajki padły auta za 9 mln zł
Wydanie:
GRÓJECKIE
· W Dniu Chynowa bawiła się cała gmina
· Olimpijczyk z indeksem
· Lekcja samorządności
· 36 uczniów uczestniczyło w Misji Przyroda
· Marianna Czamara „Belfrem roku”
· Sceny jak z prawdziwego horroru
· Marian Woronin w Błędowie
· Próbował podpalić kościół
· Rosiewicz wyśpiewał sobie „Ciotkę szarlotkę”
· Dyrektorem to tu jestem ja!
· Grójec będzie płacić mniej
· Każde jabłko na wagę „złota”
· Maliszewski czeka na wyrok
· Spóźniony śmigus-dyngus... pomyjami
· PCM w Grójcu ogłosi upadłość?
· Truskawkom zagłada nie grozi
© 2005-2017  Kurier poludniowy    •    Wszystkie prawa zastrzeżone    •    projekt i wykonanie: iQuest