Zasięg
Zasięg
redakcja
Redakcja
Ogłoszenia
Ogłoszenia
Reklama
Reklama
Najbliższe wydanie Kuriera Południowego ukaże się 20 października 2017**Najbliższe wydanie Kuriera Południowego ukaże się 20 października 2017**Najbliższe wydanie Kuriera Południowego ukaże się 20 października 2017 **


wydanie piaseczynsko-ursynowskie (nr 633), 2016-08-05
Pamiętajmy o bohaterach!

KONSTANCIN-JEZIORNA Barbara Kulińska-Żugajewicz, mieszkanka Klarysewa, brała udział w Powstaniu Warszawskim walcząc w szeregach Samodzielnego Batalionu im. bryg. Czesława Mączyńskiego NSZ. Pani Barbara ps. „Zula” była podczas Powstania sanitariuszką i zaopatrywała walczących w lesie żołnierzy w jedzenie. Dziś, z ogromnym wzruszeniem, wspomina koszmarne dni sierpnia i września 1944 roku oraz dramatyczne wydarzenia, które dotknęły ją po zakończeniu okupacji

- Urodziłam się dokładnie w tym pokoju, w lutym 1928 roku – rozpoczyna swą opowieść Barbara Kulińska-Żugajewicz, z którą spotkaliśmy się w jej domu w Klarysewie. - Budynek powstał kilka lat wcześniej. Gdy 1 września 1939 roku wybuchła wojna, moje dzieciństwo się skończyło. Niemcy zamknęli szkoły, kina. Ludzie mieli bardzo ograniczony dostęp do kultury. Wprowadzono godzinę policyjną, rozpoczęły się łapanki. Reakcją na pięć lat represji było Powstanie. Potem, od października do stycznia 1945 roku, jak wszystko się skończyło, panował względny spokój. Później swoje porządki zaczęli wprowadzać Sowieci...

Tajne nauczanie
W miejsce zamkniętych szkół średnich, Niemcy otworzyli szkoły zawodowe, przysposabiające do konkretnych profesji. Barbara Kulińska-Żugajewicz najpierw pobierała naukę na tajnych kompletach organizowanych w rodzinnym domu, by od stycznia 1940 roku przenieść się do słynnej, bardzo prestiżowej przed wojną szkoły Popielewskiej i Roszkowskiej przy ulicy Bagateli 15 w Warszawie. Szkoła ta pod pretekstem tworzonych legalnie szkół zawodowych, prowadziła nielegalną naukę dla klas gimnazjalnych.
- W naszej klasie było około 20 dziewcząt – wspomina Barbara Kulińska-Żugajewicz. - Jako że szkoła miała uczyć krawiectwa, mieliśmy na stanie trzy maszyny, z których jednak nikt nie korzystał. Nasze przełożone otrzymały wprawdzie zadanie szycia koszul dla Wehrmachtu, ale te szyły w domu nasze matki, dzięki czemu my mogłyśmy skupić się tylko na nauce.
W szkole Popielewskiej i Roszkowskiej panowała żelazna dyscyplina i wzorowa organizacja. Drzwi wejściowe były pod stałym nadzorem, dzięki czemu można było w porę ukryć książki w razie najścia Niemców. Do szkoły uczęszczały przeważnie dziewczęta z dobrych domów, wiele z nich należało do organizacji podziemnych, kilka poległo podczas Powstania. - Nie mogłyśmy zabierać do domu książek, wszystkiego uczyłyśmy się na pamięć – mówi Barbara Kulińska-Żugajewicz.

Batalion im. Mączyńskiego
Ojciec pani Barbary był człowiekiem dość zamożnym i od 1940 roku wspierał finansowo żołnierzy z Narodowych Sił Zbrojnych, choć sam do NSZ nie należał. Podobnie dyrektor fabryki papieru w Mirkowie, Aleksander Wysokiński, który dostarczał konspiratorom bibułę, a nawet sprezentował im powielacz do drukowania podziemnej gazety „Barykada”, ukazującej się na terenie Konstancina-Jeziorny.
- Byłam wścibską 14-latką, dlatego nie umknęło mej uwadze, że w naszym domu ciągle pojawiają się jacyś ludzie załatwiający szemrane interesy z ojcem. Chciałam wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. W końcu ojciec wszystko mi wyjaśnił. Do NSZ wstąpiłam w czerwcu 1942 roku, w tym domu składałam przysięgę. Otrzymałam pseudonim „Zula” na cześć przedwojennej aktorki Zuli Pogorzelskiej. Pamiętam to jak dziś – wspomina Barbara Kulińska-Żugajewicz.
Członkowie batalionu im. Mączyńskiego przez cały czas przygotowywali się do bezpośredniej konfrontacji z Niemcami. Pani Barbara przeszła szkolenia z zakresu udzielania pierwszej pomocy, łączności oraz obsługi broni. Uczyła się także odpowiednich reakcji w razie rewizji. Wiele energii pochłaniało wówczas wyszukiwanie bezpiecznych lokali na spotkania członków organizacji. To również należało do obowiązków młodej sanitariuszki. Spotkania odbywały się co tydzień, w niedzielę. Przed wybuchem Powstania batalion liczył ponad 450 żołnierzy wśród których były 64 kobiety. - Do ostatniego momentu nikt nie wiedział, kiedy wybuchnie Powstanie, wszyscy jednak czuli, że prędzej czy później to nastąpi – wspomina pani Barbara.

To był upalny dzień...
W lipcu 1944 roku doktorowa Blusiewiczowa, która razem z mężem i pielęgniarką Marią Łebkowską zajmowała się w Mirkowie szkoleniem młodych sanitariuszek, poprosiła, aby dziewczyny z batalionu Mączyńskiego zaczęły we własnym zakresie gromadzić środki opatrunkowe i czystą bieliznę. - Doskonale pamiętam dzień wybuchu powstania – mówi Barbara Kulińska-Żugajewicz. - Od rana było niesamowicie gorąco i duszno, czuło się, że coś niedobrego wisi w powietrzu. Rozkaz dotarł do nas późno, około godz. 15. W chwilę potem od strony Bielawy wybuchła strzelanina, a w miejscu w którym przez lata znajdował się dom dziecka odezwała się artyleria przeciwlotnicza. Około godz. 16 w bramę naszego domu weszło kilku Niemców. Byli bardzo podnieceni, zaczęli czegoś szukać w porzeczkach. Chyba zdawali sobie sprawę, że powstanie wybuchnie. Razem z bratem przeskoczyliśmy płot z drugiej strony domu i udaliśmy się na miejsce zbiórki, usytuowane w rejonie ubezpieczalni w Mirkowie.
Pierwszym zadaniem żołnierzy Samodzielnego Batalionu im. bryg. Czesława Mączyńskiego NSZ było zlikwidowanie około 50 Niemców ulokowanych na terenie fabryki papieru. To zadanie poszło dosyć łatwo, Niemcy zostali rozbrojeni i uwięzieni w budynku starej stajni. Teraz powstańców czekało przejście do Lasu Kabackiego, gdzie miała nastąpić koncentracja batalionów. - Gdy chłopcy przeszli przez most, z budynku „szmaciarni” padły pierwsze strzały – wspomina pani Barbara. - Ogień otworzyli niemieccy żandarmi. Na miejscu zginął dowódca batalionu Florian Kuskowski ps. „Szary”i jeden z jego żołnierzy, kilku chłopców zostało rannych. Trafili oni na nasz punkt opatrunkowy, a reszta oddziału przeszła do Lasu Kabackiego. Tego dnia na moich rękach zmarło dwóch braci Grabskich. Jeden z nich, Henio, poprosił abym zdjęła mu z szyi blaszany medalik i przekazała jego matce. To było okropne. Niedługo potem zamknięci w stajni żołnierze niemieccy zostali uwolnieni, a pod ścianę trafiło kilkudziesięciu mieszkańców Mirkowa. Wśród nich byłam ja. Myślałam, że to koniec, że za chwilę zostaniemy rozstrzelani. Uratowała nas pani Łozina, która była w fabryce tłumaczką z niemieckiego. To jej zawdzięczam swoje życie.

Trudne życie w partyzantce
Tylko nielicznym żołnierzom z batalionu Mączyńskiego udało się przedostać do Warszawy, większość oddziału cofnęła się do Lasów Chojnowskich, gdzie walczyła do końca powstania. Pani Barbara organizowała i dostarczała powstańcom jedzenie oraz niosła im pomoc medyczną, m.in. po krwawej potyczce w Piskórce. Jednym z przekleństw mieszkających w lesie żołnierzy były wrzody. Praktycznie każdy miał z nimi problemy. W Konstancinie pani Barbarze przydzielono do opieki dwóch powstańców, rannych podczas walk na Starym Mieście. Leżeli oni w miejscowym szpitalu i byli całkowicie pozbawieni opieki. Jeden z nich zmarł i został pochowany na cmentarzu w Klarysewie. - Po upadku powstania otrzymaliśmy rozkaz powrotu do domu – wspomina pani Barbara. - Oficerowie mieli zniknąć z terenu, wielu przedostało się w Góry Świętokrzyskie. Jesienią zostaliśmy przesiedleni za Jeziorkę. Cenne rzeczy zakopaliśmy, jednak w naszym domu i tak pojawili się szabrownicy. Przed Bożym Narodzeniem dwa tygodnie sprzątałam dom, same święta i styczeń minęły spokojnie. Szaleństwo związane z pojawieniem się na terenie Konstancina-Jeziorny Sowietów rozpoczęło się już po wyzwoleniu, we wrześniu 1945 roku.

Biały Dworek miejscem kaźni
W trakcie walk powstańczych na naszym terenie poległo 26 żołnierzy z batalionu bryg. Mączyńskiego. Oprócz tego 7 sierpnia 1944 roku Niemcy zamordowali w Warszawie Danutę Remiszewską, zaś już po wojnie, ale jeszcze w 1945 roku, Sowieci zamęczyli w Charkowie Tadeusza Gossa i Adama Śliwiaka „Skorego”. - Ja latami byłam wzywana na przesłuchania do UB – wspomina Barbara Kulińska-Żugajewicz. - Pierwszy raz „zagościłam” tam 6 grudnia 1945 roku. Wezwano mnie do okrytego złą sławą Białego Dworku na terenie Stoceru. Zostałam tam koszmarnie pobita, wszyscy sądzili że umrę, posłano po księdza. Potem pojawiały się różne oskarżenia, w tym o szpiegostwo na rzecz USA, za co groziła wtedy kara śmierci. Na szczęście nie trafiłam do więzienia. Ostatni raz byłam przesłuchiwana bodajże w 1959 roku.
Po wojnie Barbara Kulińska-Żugajewicz, ze względu na swoją powstańczą przeszłość, miała ogromne problemy z dostaniem się na studia. W końcu, w 1952 roku została przyjęta do Państwowej Wyższej Szkoły Higieny Psychicznej, gdzie ukończyła psychologię kliniczną. Później przez wiele lat pracowała w szpitalu w Tworkach, była też biegłym sądowym. W 1972 roku do Polski przyjechała matka Andrzeja Piotrowskiego, zmarłego powstańca, którym w 1944 roku opiekowała się pani Barbara. Piotrowski, podobnie jak trzech innych powstańców, leżał na cmentarzu w Skolimowie. Matka Andrzeja ufundowała wszystkim pomnik. - Dopóki miałam siły opiekowałam się tym pomnikiem, jednak od 2 lat praktycznie nie chodzę – mówi pani Barbara. - Pamięć o powstaniu ciągle jest żywa, dlatego pamiętajmy także o jego bohaterach. Apeluję, aby zajmować się tym pomnikiem, tak jak ja to robiłam przez 70 lat.
Tomasz Wojciuk


Komentarze
nick: jurek,     2016-08-10   22:56:30
Chylę czoła przed Panią, chwała takim ludziom jak Pani Barbara !
nick: margo,     2016-08-11   21:17:53
Wielki szacunek dla Pani i dla wszystkich, którzy walczyli o wolną Polskę.
nick: jaromir,     2017-06-01   12:30:38
Na zdjęciu jest mój Ojciec Mieczysław M.Szemelowski ps."Miłosz: oficer do spraw uzbrojenia Batalionu im.Mączyńskiego. Z powazaniem JaromirJ.Szemelowski

dodaj komentarz
komentarz będzie widoczny po akceptacji przez administratora
nick:
Komentarz:

wprowadź liczbę z obrazka pomniejszoną o "jeden":         

Wydanie:
PIASECZYŃSKO-URSYNOWSKIE
· Awantury o „dzikie” przejazdy
· Afera z „prawkiem” Piotra Najsztuba
· Obawy przed dwoma kierunkami
· Ukraińcy obcięli sobie palce!
· Opłata za parkowanie coraz bliżej
· Szkoła w Nowej Iwicznej urośnie
· Park miejski prawie gotowy
· Pamiątka po mrocznych czasach zdjęta
· Wkrótce otwarcie miejskiego szaletu
· Piracka Tataspartakiada
· Młodzi sportowcy błysnęli na igrzyskach
· Latawcowe szaleństwo
· Figura bez głowy znaleziona w parku miejskim
· Zmarł wybitny trener
· Mniej uciążliwe Lotnisko Chopina?
· Wybuch, strzały i ewakuacja
Wydanie:
PRUSZKOWSKO-GRODZISKIE
· Lotnisko w Baranowie zastąpi Okęcie?
· Pielęgnują lokalną historię
· Całkiem nowa Lipowa
· Zielony Nadarzyn
· Makabryczny wypadek w szpitalu
· Obwodnica w gąszczu procedur
· Najpierw obwodnica, później łącznik
· Budując szosę odkryli cmentarzysko
· Upamiętnili więźniów obozu Dulag
· Zapłacimy za parkowanie w mieście?
· 53 osoby staną przed obliczem sądu
· Tłuczkiem zdewastował auto sąsiada
· Grunt to mądrze wybrać
· Innowacyjna galeria z nową siedzibą
· Karta dla lokalnych patriotów
· 4 mln zł na remont szpitala
Wydanie:
GRÓJECKIE
· W Dniu Chynowa bawiła się cała gmina
· Olimpijczyk z indeksem
· Lekcja samorządności
· 36 uczniów uczestniczyło w Misji Przyroda
· Marianna Czamara „Belfrem roku”
· Sceny jak z prawdziwego horroru
· Marian Woronin w Błędowie
· Próbował podpalić kościół
· Rosiewicz wyśpiewał sobie „Ciotkę szarlotkę”
· Dyrektorem to tu jestem ja!
· Grójec będzie płacić mniej
· Każde jabłko na wagę „złota”
· Maliszewski czeka na wyrok
· Spóźniony śmigus-dyngus... pomyjami
· PCM w Grójcu ogłosi upadłość?
· Truskawkom zagłada nie grozi
© 2005-2017  Kurier poludniowy    •    Wszystkie prawa zastrzeżone    •    projekt i wykonanie: iQuest